środa, 5 grudnia 2012

Słoikoznawstwo


Czymże są słoiki? A może Słoiki?

Wikipedia podaje bardzo obszerną definicję przedmiotu zwanego słoikiem, przytoczę więc poniżej tylko fragment.

Słój (zdrobniale słoik) - rodzaj naczynia szklanego, rzadziej ceramicznego, szczelnie zamykanego, wykorzystywanego najczęściej w gospodarstwie domowym do przechowywania produktów i przetworów żywnościowych, ale także w laboratoriach i muzeach - tam najczęściej do przechowywania okazów biologicznych itp., jak również w farmacji do przechowywania lekarstw. Pojemności słojów spotykanych najczęściej w gospodarstwie domowym wynoszą od jednego litra w dół, najmniejsze słoiczki, stosowane najczęściej w aptekach, nawet poniżej 50 mililitrów (z drugiej strony spotykane są także słoje znacznie większe, np trzy- i pięciolitrowe, chętnie wykorzystywane do przechowywania np. ogórków konserwowych).


W obliczu takiej porządnej definicji wydawać by się mogło, że ciężko jest mianem słoika określić jakiś inny byt, a tym bardziej byt ożywiony. Zdziwi się jednak ten, kto tak myśli. Przyjrzyjmy się więc kolejnej definicji, tym razem ze słownika miejski.pl

Osoba pochodząca z prowincji a mieszkająca w wielkim mieście, najczęściej Warszawie, przywożąca z wizyt w domu słoiki z jedzeniem. Najczęściej charakteryzują ją takie cechy jak:brak przywiązania do nowego miejsca zamieszkania oraz wiejskie maniery i sposób myślenia.
- Połowa warszawiaków wyjechała na święta.
- Nieprawda, ci rodowici są tu cały czas. To słoiki wyjechały a jak wrócą, to znów zasmrodzą i zakorkują miasto.
Ten opis niektórym z Was może być obcy gdy go czytacie. Ja sam dowiedziałem się o dualnym znaczeniu poczciwego słoika dopiero kilka miesięcy temu, na pewno później niż definicja słoika-osoby została opublikowana w miejski.pl.
Wiemy już więc, że powstała niejako nowa kasta, a delikatniej mówiąc to na pewno nowa grupa społeczna, która nie cieszy się w dużych miastach zbyt dużą popularnością. Z własnych obserwacji i po poczynieniu odpowiedniego researchu mogę podkreślić niechęć do tej grupy w stolicy. No i to, mam nadzieję, wystarczy jako argument do omówienia tematu na Mieszkam w stolicy. Przyjmijmy też dla uproszczenia, że to właśnie warszawiacy najbardziej zwracają uwagę na tę grupę ludzi.

Tak czy inaczej w obliczu tego nowopowstałego znaczenia muszę przyznać z pełną świadomością, że jestem Słoikiem (tak, pisanym z wielkie litery, w końcu to jakby przydomek).No i właśnie tutaj pojawia się pierwsze pytanie, czy należy już tych przyjezdnych nazywać mianem słoików (z małym "s") czy też elegancko i z szacunkiem Słoikami? Takie jest moje skromne zdanie, że z wielkiej litery, bo uważam że jeśli już kogoś się piętnuje to można to robić przynajmniej z zachowaniem odrobiny szacunku. W końcu jak mówi stara wojenna zasada, wroga nie należy lekceważyć.


Podstawy nienawiści

Zastanawia mnie bardzo co leży u podstaw tego coraz bardziej popularnego zjawiska, które polega na (uwaga, modne słowo) hejtowaniu osób przyjezdnych.
Moim zdaniem nic złego nie ma w tym, że w Warszawie (lub innych miastach, ale Warszawa jest naszym przykładem) osiedlają się inni ludzie. W końcu świadczy to o atrakcyjności miasta na wielu polach takich jak rynek pracy, wydarzenia kulturalne, prestiż zamieszkiwania w takim miejscu (który bierze się nie wiadomo skąd, ale jest). Czasem decyduje moda, czasem widzi-mi-się zainteresowanego, tak czy siak nie ma chyba w tym nic złego.
Otóż nie! Okazuje się, że rodowici warszawiacy, czyli raptem 2-3 pokolenia ludzi od drugiej wojny światowej uważają że mają wyłączne prawo do swojego miasta. Szkoda tylko, że w Warszawie zamieszkuje oficjalnie 1,7 mln osób, zaś po wojnie było to raptem 422 tysiące ludzi. Prosty rachunek przy utopijnym założeniu że w 422 tys. było 211 par w wieku pozwalającym na potomstwo i że każda z tych par miała dwójkę dzieci (chłopca i dziewczynkę), a w następnym pokoleniu znów się wszyscy sparowali i mieli dwoje dzieci daje wynik niewiele poniżej 1,7 mln gdyby wszyscy oni wciąż żyli. Oczywiście jest to niemożliwe (ani to że wszyscy wciąż żyją, ani to że mnożyli się jak króliki).
Skąd więc ta ludność w Warszawie? Ano chyba przyjezdni od 1945 roku. Co więcej, spis powszechny już w 1978 roku wykazał ponad 1,5 mln mieszkańców Warszawy, zaś od 2006 roku to właśnie w 2011 roku mieszkańców stolicy było najmniej! Ważne jest też, że jeszcze w 1995 roku powierzchnia Warszawy liczyła 495 km kw. zaś 11 lat później już 517 km kw. i ciągle rośnie, a więc ostatni trend jest taki, że jest coraz mniej ludzi na coraz większej przestrzeni.

Prosty wniosek jest taki, że Warszawa staje się mniej atrakcyjna. Ale dlaczego? Czyżby przez Słoiki? Wątpię, biorąc pod uwagę, że to oni spowodowali swoisty boom stołecznej populacji, a teraz po prostu stąd wyjeżdżają. Sam byłem niedawno świadkiem tego jak pewne małżeństwo z dzieckiem (nie będące rodowitym warszawskim małżeństwem), zabrało manatki i wyjechało. A oceniając ich stan posiadania po samochodzie, który jest ich własnością na pewno nie zostali właśnie zwolnieni z kasy w Tesco.

Co więcej duża część mieszkańców Warszawy czuje się warszawiakami z dziada pradziada i demonstruje swoją pozycję mieszkańców stolicy, mimo że ich rodziny przeprowadziły się tu raptem jedno pokolenie temu, zameldowali i teraz mają samochody z warszawskimi numerami rejestracyjnymi, a w miejscu urodzenia wpisane Warszawa. To jednak niczym nie odróżnia ich od tych, którzy przyjeżdżają tu teraz, jedni i drudzy mają rodzinę w innym mieście, być może na wsi, wszyscy oni są tacy sami jeśli brać pod uwagę pochodzenie.
Obiektywnie określić pochodzenie można dopiero patrząc kilka pokoleń wstecz i odnajdując takie miejsce osiedlenia się danej rodziny, które utrzymywało się przez kilka pokoleń bez zmian. To jednak niezwykle rzadki przypadek i należy mieć na uwadze to, że pod względem pochodzenia każdy jest zróżnicowany i każdy ma prawo mieszkać gdzie chce, jeśli tylko jest w stanie zapewnić sobie warunki do życia w tym miejscu.

Należy też brać pod uwagę, że gdyby rodowici, bardzo z siebie dumnie warszawiacy mieli odpowiednie kwalifikacje, doświadczenie, wykształcenie, itd. to byliby atrakcyjniejsi dla pracodawców niż osoby tak samo przygotowane do pełnienia danej funkcji lecz pochodzące z innego miejsca, bo w końcu lepiej mieć pracownika na miejscu. To tyczy się przede wszystkim faktu, że bardzo dużo osób dojeżdża z Sochaczewa, Mińska, a nawet z Siedlec czy Płocka. Ale do tych, którzy się przeprowadzili też ma to odniesienie, bo w końcu oni rzadko kiedy mogą od razu kupić horrendalnie drogie warszawskie mieszkanie więc wynajmują je za jeszcze bardziej chore pieniądze i w związku z tym pracodawca musi im zapewnić takie stawki, aby opłacili wynajem, media, utrzymanie i trochę jeszcze powinno im zostać, żeby to miało sens.
Zatrudniając osobę dojeżdżającą codziennie autem lub pociągiem ryzykuje się z kolei, że coś się stanie po drodze i pracownik nie dotrze do pracy. Osoba miejscowa, mieszkająca maksymalnie kilkanaście kilometrów od miejsca pracy ma mniejsze szanse na opuszczenie dnia w pracy np. w powodu awarii autobusu, czy tramwaju, a nawet własnego auta, które odstawi na bok i pojedzie np. taksówką.

Dlatego jednym z powodów nienawiści do Słoików jest zapewne zazdrość o to, że są dużo lepiej od warszawiaków przygotowani do pełnienia danych funkcji, wykonywania konkretnych zawodów.

Kolejna kwestia to taka, że Słoiki robią też na innych lepsze wrażenie, są przyjaźni, sympatyczni, otwarci, odważni skoro zdecydowali się na wyjazd z rodzinnego miasta, porzucenie przyjaciół i znajomych i rozpoczęcie życia w innym mieście. Niestety nie można tych cech przypisać warszawiakom, którzy z faktu samego pochodzenia ze stolicy są wiecznie zblazowani, dumni i ciągle najważniejsi, a na dodatek mówią o pobycie "na dworzu" (nie mogłem się powstrzymać ;) ).
Te pozytywne cechy słoików są więc kolejnym powodem zazdrości pozbawionych ich warszawiaków, którzy nie zatracili w sobie jeszcze umiejętności myślenia i rozumieją, że są po prostu w tej kwestii gorsi, że są mniej przebojowi i mniej otwarci na świat.

Często mówi się też, że Słoiki za kierownicą to zmora stolicy. Otóż nie zgodzę się z tym, bo jak do tej pory równie często spotykam się z idiotami na siedzeniu kierowcy pochodzącymi zarówno ze stolicy jak i spoza niej. Co więcej rejestracja samochodu nie zawsze jest wyznacznikiem pochodzenia. A dla potwierdzenia tego, że w Warszawie też debile dostają prawo jazdy niech będzie taki obrazek, uchwycony kilka dni temu przez pewną internautkę na warszawskiej ulicy z warszawskim autem w roli głównej:



Kolejna kwestia, to sprawa podatków i tego, że Słoiki płacą je poza Warszawą. Niestety nie jest to prawdą, większość pracujących tu ludzi i tak rozlicza tutaj podatek dochodowy, natomiast Ci którzy tu nie pracują, a np. studiują nie mają w ogóle możliwości rozliczania tego podatku, więc o co krzyk? Skoro tu mieszkam i robię zakupy to za każdym razem płacę cenę zawierającą w sobie VAT, który rozliczyć musi lokalny przedsiębiorca zarejestrowany w Warszawie, więc płacę tu wszystkie możliwe podatki, za jedzenie, za prasę, za kino, za paliwo, za części samochodowe, za bilety ZTM, za wszystko co się tylko da. No może nie płacę podatku za słoiki przywiezione z domu i to chyba jest istota zazdrości podatkowej.
Szkoda tylko, że warszawiacy nie myślą o tym, że bez pracujących tu i mieszkających słoików gospodarka stolicy byłaby znacznie mniej rozwinięta i że i tak nie mieliby pieniędzy, które my teraz niby im kradniemy :)

No i ostatni mój pomysł, szczerze mówiąc choć śmieszny to mam wrażenie że prawdopodobny w niektórych przypadkach słoikowej zawiści. Chodzi mianowicie o zazdrość o dostęp do produktów przywożonych w słoikach, takich jak domowe ogóreczki, dżemiki, soczki, sosiki, oraz tych nie w słoikach ale również pochodzenia pozawarszawskiego jak np. jaja i mleko prosto od kury i krowy, świeża mąka z ekologicznego zboża, warzywa i owoce z przydomowego ogródka, szyneczki i kiełbaski z własnych wędzarni i zdrowego mięsa żyjących w szczęściu a nie w klatce wieprzków.
Niestety mieszkając w jednym z tysięcy ogromnych stołecznych punktowców nie można sobie pozwolić na takie specjały, a nawet ogródek działkowy w jednym z licznych RODów nie daje możliwości uprawiania wszystkich roślin oraz hodowania zwierząt.
Ja mieszkając wcześniej w Lublinie też byłem często obdarowywany wiejskimi produktami od rodziny mieszkającej w pewnym oddaleniu od mojego miasta, ale nikt nie nazywał mnie wtedy Słoikiem :)
Jestem niemal pewien, że to właśnie z tej zazdrości wzięło się określenie Słoiki, bo w sumie inaczej można by nas nazywać wieśniakami, obcymi, czy jeszcze jakoś inaczej, ale skoro przywozimy sobie słoiki to nazwa była jasna.

No i na tym się kończy moje rozważanie słoikowe,

mam nadzieję że wyrazicie swoje poglądy na tę sprawę w komentarzach i wyjaśnicie mi na czym polega to warszawskość, której nie mogę zrozumieć, a która w skrajnych powoduje że ludzie chcąc wykazać swą wyższość pochodzenia ze stolicy stają się chamami jakich nie potrafiłem sobie wcześniej wyobrazić i nie ma to nic wspólnego z, wydawać by się mogło, piękną i elegancką Warszawą.

Na koniec polecam jeszcze tę stronę jeśli ktoś z Was czuje się słoikiem. Całkiem z jajem napisane :)

sobota, 27 października 2012

Wielki powrót bloga i... zimy

Pierwszy dzień po odejściu pana Lato ...

i od razu pada śnieg :) Cóż za znak z niebios, naprawdę nieźle mnie to rozbawiło gdy moja narzeczona przeczytała mi to gdzieś z internetu.
Mniej ubawiony byłem, gdy o 10 rano obudziłem się aby obejrzeć kwalifikacje do jutrzejszego wyścigu F1 w Indiach i zobaczyłem za oknem tyyyyyyyyyle śniegu.



Jak słowo daję, choć nie jestem amatorem upałów to szczerze zazdroszczę kierowcom, którzy mają tę przyjemność zmagać się ze sobą w trzydziestostopniowym upale!

Na szczęście dość szybko uporałem się ze spacerem z psem i porannymi zakupami, choć kosztowało mnie to zmoknięcie i zmarznięcie jakiego nie pamiętam z żądnego przeżytego do tej pory października.
Cały dzień przesiedziałem sobie w domu, przy kaloryferze, popijając herbatkę i w zasadzie nie odczułem ataku zimy aż do 21:00 gdy znów wyszedłem z psem...
Przede wszystkim okazało się, że śnieg wciąż pada, na trawnikach, murkach, chodnikach, samochodach jest od 5 do 10 cm śniegu, a mokry śnieg jest tak ciężki, że łamie drzewa !




 zdjęcia robione ziemniakiem, nie spodziewałem się że wypadałoby zabrać aparat...

Jak się więc okazało, zima zaatakowała stolicę na dobre...
Pomijam już fakt, że chodniki są niebezpiecznie śliskie i na moich oczach pewna starsza pani się przewróciła, a pracownicy AO, którzy zawsze z uporem maniaka grabią trawę wyrywając ją z ziemi liczą chyba na to, że w nocy nikt się nie zabije, a śnieg stopnieje do rana.
Bardziej zmartwiło mnie to co zobaczyłem na Bonifacego i spacerując wzdłuż Sobieskiego... 

Zima totalnie zaskoczyła drogowców !



ul. Sobieskiego


skrzyżowanie Sobieskiego i Bonifacego

Zawsze gdy tak się dzieje (a więc po prostu zawsze, rok w rok, bez zmian od stuleci...) zastanawiam się czym jest to spowodowane? Rozumiem, że ciężko sprawić aby na każdej ulicy był w jednym momencie pług, ale w zasadzie od rana nie było tak ciężko posypać wszystkie ulice solą i byłby spokój, bo temperatura oscyluje wokół zera, w końcu to nie jest styczeń...
Najśmieszniejsze jest to, że często w ciągu pogodnych dni, przy temperaturze dobrze ponad 15 stopni można na ulicach miasta spotkać pługi i piaskarki, których pojawianie się ZDM tłumaczy "testami".
Dlaczego więc po wielu dniach testów nie mogą wyjechać na ulice gdy w końcu nie są to ćwiczenia?!

Mam dwie teorie:

1. nie ma soli, bo wciąż idzie do sklepów i do jedzenia ;)

2. większość kierowców nie zmieniła jeszcze opon na zimowe więc ten dzień i kolejne zasypane na pewno będą obfitowały w wiele kolizji. Z kolei większość kolizji wymaga przybycia Policji, wytypowania winnego i ukarania go mandatem (do 500zł). Być może brak odśnieżarek spowodowany jest więc odgórnym przykazem, aby nie poprawiać bezpieczeństwa, doprowadzić więc pośrednio do większej ilości kolizji, a tym samym po prostu zarobić na mandatach pieniądze, które trafią do kasy Urzędu Marszałkowskiego.

3. po wydatkach na odśnieżanie z ubiegłego roku, pani HGW postanowiła przez pierwsze kilka tygodni opadów śniegu zaoszczędzić na późniejsze sprzątanie białego puchu

Zdaję sobie sprawę, że obie te opcje są idiotyczne i absurdalne, ale to jedyne co przyszło mi do głowy...
Za cholerę nie mogę pojąć dlaczego nigdy nie ma na ulicach tych pojazdów sprzątających śnieg wtedy kiedy są potrzebne, czyli gdy spadnie śnieg.

Wybaczcie, że jak zwykle narzekam, ale naprawdę nie rozumiem nic z tej kuriozalnej sytuacji...
Mam jednak nadzieję, że będzie to post, który spowoduje mój powrót do pisania tu czasami po tej długiej przerwie. W końcu nie ma nic lepszego niż odstresować się przez marudzenie :) (od razu mi lepiej, uff :) )

P.S.

Dobrze jednak, że dzisiejszy NightSkating został w końcu odwołany, bo nie rolki, nawet nie łyżwy, a jedynie narty poradziłby sobie na stołecznych ulicach dziś wieczorem :)

czwartek, 10 maja 2012

Nightskating Warszawa 10.05.1012

Co to jest Nightskating?

Idea Nightskatingu to z grubsza impreza w stylu Masy Krytycznej, ale tak naprawdę różnic jest cała masa, nie tylko w kwestii środka transportu uczestników ;)
Przede wszystkim Nightskating nie ma na celu demonstrowania czegokolwiek, ani blokowania ulic :) Głównym zadaniem jest popularyzacja wrotkarstwa, rolkarstwa, "narciarstwa na betonie" i świetna zabawa uczestników.


Trasa i organizacja

Pierwsza trasa miała prowadzić z centrum przez Puławską na Ursynów, tam nawrotka i powrót Puławską i Ujazdowskimi na Krakowskie i liczyła 21km.
Niestety z powodu organizacji w tym samym terminie Sonisphere Festival Policja nie mogła poświęcić nam tyle czasu i w związku z tym trasa uległa skróceniu i prowadziła następującymi ulicami:

Krakowskie Przedmieście - Nowy Świat - Jerozolimskie - Marszałkowska - Waryńskiego - Puławska - Odyńca - Niepodległości - Rakowiecka - Puławska - Plac Unii Lubelskiej - Szucha - Plac Na Rozdrożu - Ujazdowskie - Plac Trzech Krzyży - Rondo de Gaulla - Nowy Świat - Krakowskie Przedmieście

Trasa liczyła w sumie ok 11,5 km czyli 10 mniej niż planowano, ale nie ma co narzekać, w nogach na pewno można to poczuć :)




Organizacja imprezy była mistrzowska. Nightskating Team zadbał o kamizelki odblaskowe i megafon dla obsługi, było też zaplecze medyczne i dwa eskortujące nas radiowozy. Poza tym hitem wieczoru był rower z muzyczną przyczepą, która zapewniała gorące rytmy :)

Podsumowanie

Nighstkating w Warszawie to z pewnością impreza warta odwiedzenia, można wśród chmary ludzi popędzić  na rolkach ulicami stolicy i to całkowicie legalnie :)
Nikt nie chce wywrotki, więc każde masowe hamowanie jest pokazywane poprzez podniesienie obu rąk w górę, podobnie jak przejazd przez tory tramwajowe czy inne przeszkody.
Dodatkowym atutem jest to, że każda edycja będzie prowadzić inną trasą, a dla wytrwałych, którzy zdobędą przynajmniej 8 z 12 pieczątek przewidziano konkurs :)

Polecam, sam wybiorę się jeszcze na pewno nie raz i z pewnością będę bawił się tak dobrze jak dziś :)

Na koniec jeszcze kilka fotografii z przebiegu i zakończenia imprezy :)



przed startem



duchy rolkarzy na Placu Konstytucji :)



Waryńskiego do przodu...



... i do tyłu




po dojechaniu czas na odpoczynek


I jeszcze bardzo słabej jakości film, ale oddaje atmosferę :)
Syreny Policji, okrzyki ludzi, zabawa na całego :)

środa, 11 kwietnia 2012

Bemowo Bike

Co to jest Bemowo Bike?


Bemowo Bike to bezobsługowa wypożyczalnia rowerów, która ma swoje 10 stacji rozmieszczone w równych odległościach na Bemowie. Cały widz polega na tym, że korzystając jedynie z telefonu komórkowego lub jakiejkolwiek zbliżeniowej karty (kredytowej paypass, WKM, legitymacji studenckiej, etc.) możesz wypożyczyć rower, nie płacąc nic za pierwsze 20 minut i jedynie 2 zł za pierwszą godzinę. Jest to czas swobodnie wystarczający na przedostanie się między najbardziej oddalonymi od siebie stacjami.
Za pierwszym razem należy uiścić wpisowe w wysokości 10 zł, potem już wszystko jest z górki.


Skąd wiem?


Tydzień temu wracając do Warszawy z Ołtarzewa wysiadłem z 713 na przystanku Ciepłownia Wola i gdy przeszedłem na drugą stronę ulicy, aby wsiąść w tramwaj, zobaczyłem stojak z ponad dziesięcioma rowerami i coś w rodzaju parkomatu na końcu tego stojaka. Podszedłem bliżej, poczytałem i już wszystko wiem ;)
Najbardziej zastanawia mnie tylko czy stojaki automatyczne, które te rowery trzymają, zabezpieczą je przed kradzieżą :)

Opinia:


- bardzo trafny pomysł Urzędu Dzielnicy Bemowo
- konkurencyjna cena
- nikt wcześniej czegoś takiego na dużą skalę nie zrobił
- pozwala na niezależną komunikację po Bemowie, przy okazji na świeżym powietrzu :)

Jakby to wielu tzw. celebrytów (słownik Chrome'a nie znaj tego słowa :-D ) powiedziało: JESTEM NA TAK !!


.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Administracja Osiedla "Sadyba", jej funkcjonowanie i dbałość o istotne szczegóły.

Wprowadzenie

Jeśli ktoś z Was nie wie, Sadyba to jest to miejsce, które powinno kojarzyć się z rodziną Lubiczów z Klanu, tego tasiemca Telewizji Publicznej, w którym ostatnio Rysiek został zabity przez opryszka okradającego szpitalne szafki, a teraz się okazało, że puścił w lotka zwycięski kupon... Szkoda faceta, bo jakby wygrał to pewnie zabrałby Grażynkę na Kanary i wybudował dom, a może nawet kupił jakąś wypasioną taksówkę :D
No w każdym razie nie wiem do końca o co tam chodzi, bo powyższą wiedzę posiadam z lektury Pudelka, niestety nie oglądam tego pasjonującego serialu :)

Aha, no i ta Sadyba z Klanu to jest trochę inna cześć Warszawy niż ta, o której mówię, choć dość blisko, po drugiej stronie ulicy Bonifacego. Ta Sadyba, która nas interesuje to całkiem spore osiedle czteropiętrowych bloków i dziesięciopiętrowych wieżowców. Osiedle to sąsiaduje z osiedlami "Stegny", "Bernardyńska" i "Idzikowskiego". Wszystkie należą do Międzyzakładowej Spółdzielni Mieszkaniowej "Energetyka", która jest pozostałością po poprzednim ustroju u mniej więcej tak funkcjonuje, a jak zajdzie się do siedziby Spółdzielni to PRL wali na Ciebie wprost ze ścian :)
No, ale w sumie Spółdzielnia to jedno, a mieszkańców osiedli bardziej dotyczą Administracje, takie jak AO "Sadyba", o której chcę dziś napisać.

Jak wygląda praca AO "Sadyba"?

Można by powiedzieć, że co najmniej komicznie. Przyzna mi pewnie rację każdy kto miał okazję odwiedzić siedzibę Administracji przy ulicy Konstancińskiej. Panie, które siedzą w gabinetach zamknięte kluczem od środka, żeby im na pewno żaden interesant nie przeszkodził w ciężkiej pracy związanej z piciem kawy. Ze dwa razy nadziałem się na taką kuriozalną sytuację, że ze wszystkich drzwi, w które można wejść z korytarza, zamknięte były wszystkie (!!), mimo że były to godziny pracy Administracji i wejście główne było otwarte. Normalnie jakieś biuro widmo, wchodzisz, a tam cisza, nikogo nie widać, strach wchodzić dalej, bo może nagle jakiś psychopata, który wymordował wszystkich pracowników wyskoczy na mnie z siekierą.
Ale nie spokojnie, tam po prostu trwa inkubacja wizjonerskich idei, rozwój zaawansowanych planów rewitalizacji osiedla, planowanie prac remontowych, itp. Tylko po prostu nie można przeszkadzać, jak rano administratorzy wejdą do gabinetów to włączają turbo-mode i nie wolno ich do fajrantu zatrzymywać.

Żeby nie było, że tak się pastwię nad biednymi pracownikami AO "Sadyba" to trzeba przyznać, że czasem odbierają telefony, ale to raczej po kilku dniach próbowania dodzwonienia się do nich, co więcej nie wiedzą nawet jakie są wewnętrzne do innych działów, a te na stronie www są niestety lekko nietrafione. No ale odbierają.
Poza tym odpisują na pisma, które się im przedstawia, niezależnie czy są one przyniesione osobiście, czy wysłane mailem to po 30 dniach można się spodziewać odpowiedzi. Ciekawe na co potrzeba aż miesiąca, czyli 20 dni roboczych, szczególnie że za którymś razem otrzymałem bardzo wylewną odpowiedź złożoną z jednego zdania... To już doprawdy szkoda papieru na to, bo przecież oni nie mogą mi odpisać na maila mailem, mimo że proszę, tylko koniecznie wydrukowane i przekazane do rąk własnych przez Panią Gospodarz Domu, no PRL do n-tej potęgi...
Aha, no i jeszcze jest nazwijmy to "sekcja pielęgnacji trawników" czyli gromada nadgorliwych pań, które przy użyciu metalowych rozłożystych grabi mają za zadanie uprzątnąć liście i suchą trawę z trawników. Niestety tak bardzo się przykładają do tego, że już nie ma w tej chwili ani skrawka trawnika na osiedlu, wszystko zostało wyskrobane do gołej ziemi... Cóż, tak widocznie musi być :) Ważne, że widać jak pracują, prawda?

Do meritum...

Są pewne rzeczy w funkcjonowaniu rzeczonej Administracji, których mój mały rozumek nie może zrozumieć.

Ot na ten przykład, kiedy przy ulicy Spalskiej i Jaszowieckiej odbywał się remont placu zabaw i chodników to piach, kostka i stare płytki chodnikowe, czyli generalnie cały burdel leżał koło szkoły jakieś 600 metrów dalej, w innej części osiedla. Swoją drogą jeżdżące tamtędy ciągle ciężkie samochody przywożące te tony piachu i kostki, spowodowały że chodnik się zapadł i teraz jest tam jezioro po deszczu, dosłownie nie da się przejść suchą stopą. No ale przecież poprawienie tego chodnika na pewno wymaga niesamowicie długiego i skomplikowanego procesu planowania...

Inną kwestią jest absurdalna sytuacja, z którą spotkałem się gdy wynająłem miejsce postojowe w garażu podziemnym jednego z bloków przy Sobieskiego. Otóż okazuje się, że za własne miejsce o wielkości 12 metrów kwadratowych właściciel musi płacić 200 zł miesięcznego czynszu, ale brama popsuta od kilku miesięcy wciąż nie jest naprawiona... Za czynsze od wszystkich miejsc z jednego miesiąca można by kupić cztery nowe bramy, ale przecież lepiej nakleić gustowne karteczki:




Absolutny hit jednak dopiero nadejdzie :) Zapraszam poniżej:

LATARNIE, prawdziwa klątwa osiedla Sadyba...

Po pierwsze zastanawia mnie logika umiejscowienia latarni na naszym osiedlu. Dlaczego są miejsca, które są oświetlone jak murawa Stadionu Narodowego podczas meczu z Portugalią i jednocześnie alejki ciemne niczym czarne dziury?
Dlaczego dwie z latarni przy boisku świecą na trawę, a nie na chodnik?



No i creme de la creme, czyli nieczynne latarnie z wygrzebanymi kablami oraz jedna (na razie tylko jedną znalazłem) czynna otwarta i jedna nieczynna z powodu przebicia. Ale po kolei:

Otóż jak widać na zdjęciu mamy na osiedlu sporo pustych słupów, z których zdjęto lampy, bo najwyraźniej takie duże oświecenie nie jest potrzebne (no i pewnie jest w tym trochę racji, choć są miejsca bez latarni w ogóle...). Jednak ze słupów tych wystają przewody niezaizolowane lub zaizolowane w sposób naprawdę żenujący... Rozumiem, że pewnie przewody te nie są podłączone na drugim końcu do rozdzielni, więc teoretycznie nie ma w nich prądu, ale jak kiedyś się komuś coś pomyli, to może być słabo... Wyobraźcie sobie dziecko, które podchodzi niezauważone przez rodzica i chwyta "kolorowe sznureczki" po napięciem...



Ale jest jeszcze jedno ciekawe miejsce, choć na Stegnach, więc Administracja jest inna, ale Spółdzielnia ta sama :) Tu latarnia nocą świeci, ale też jest otwarta i nikogo to nie martwi :)



A co do latarni z przebiciem... Cóż 28 lutego wysłałem maila do Administracji z informacją, że latarnia przy Zespole Szkół przy ulicy Sobieskiego ma przebicie. Padał deszcz, obok stała woda (tak, to jest to miejsce rozjeżdżone przez ciężarówki) i jak to woda przewodziła prąd. A przewodziła go z ziemi, gdzie znajdują się niedokładnie zaizolowane przewody do metalowego cokołu słupa latarni. Finał był taki, że gdy przechodziłem skrajem chodnika żeby nie przemoczyć butów, a obok szedł mój pies, to gdy chciał powąchać latarnię dostał jak paralizatorem, zaskowyczał, odskoczył i na szczęście nic mu się nie stało. Ale znów, wyobraźmy sobie że ktoś przechodzi tamtędy i traci równowagę balansując na krawędzi kałuży opiera się o latarnię... No rewelacja...

ta oto latarnia nie świeci się od kilku tygodni w ogóle

Napisałem więc do AO, że bardzo proszę o szybką interwencję i odpowiedź w tej sprawie. Minął miesiąc, odpowiedzi brak, ale sprawa według Administracji chyba rozwiązana. Otóż latarnia po prostu została wyłączona na dobre... Pewnego dnia byłem świadkiem, jak czterech panów z drużyny konserwatorów osiedla wykopało dołek obok latarni, aby dostać się do przewodów, każdy z nich miał swój multimetr (taki miernik, który pokazuje min. czy prąd płynie czy nie) no i sobie badali czy jest możliwość aby słup był pod napięciem. Przystanąłem nieopodal żeby posłuchać. No i usłyszałem, jak dwóch z nich twierdzi że prąd do słupa płynie, dwóch że nie. Morał taki, że mamy remis, więc żeby nie rozbabrać sprawy jeszcze bardziej zadecydowano, że najlepiej latarnię wyłączyć. No i tym sposobem od 4 tygodni nie widziałem jej ani razu zapalonej... Odpowiedzi też brak... Chyba trzeba się przypomnieć ;)

Podsumowanie

Jest wiele innych aspektów, w których Administracja robi mieszkańców na szaro, jak choćby zatrudniona wg AO zewnętrzna firma kosząca trawniki w lecie. Szkoda tylko, że ta firma zatrudnia pracowników Administracji, którzy mają inne obowiązki, ale w czasie gdy powinni je wykonywać koszą sobie trawkę i zarabiają podwójną stawkę godzinową. Jedną w AO, drugą w "kosiarstwie" ;)
Jest też w Administracji hydraulik, który zaoferował wykonanie pewnej usługi za 600 zł, ale okazało się, że w dniu gdy miał to zrobić, po prostu się rozchorował i nie chciało mu się nawet zadzwonić, że nie przyjdzie. No i chwała mu za to, bo zatrudniłem innego hydraulika, który z AO nie jest związany i bardzo był zadowolony, że wziął za robotę 100 zł.
Albo piorunochrony od kilku miesięcy nie podpięte do opaski wokół bloku, czy też w ogóle nie napięte i obijające się o ścianę 10 piętrowego budynku gdy wieje wiatr...
No i jest też na Sadybie monopol dwóch firm dostarczających kablówkę i internet, czyli Elartnetu i Krawarkonu. Nie ma mowy o Aster, UPC, Vectrze. Nie ma i już (jest niby telekompromitacja polska, ale nie komentuję tego faktu, bo to jak wybór między młotem a kowadłem). No ale jak mówią wieloletni mieszkańcy osiedla, obie firmy są mocno związane (również więzami krwi) z pracownikami Administracji. Szkoda tylko, że jakość świadczonych usług jest co najmniej mierna, a stawki prawdziwie złodziejskie. Mam jednak nadzieję, że uda mi się chociaż ten problem niebawem rozwikłać.
Nie ma sensu jednak dalej jątrzyć tematu, bo jest on na tyle rozległy, że zabraknie na bloggerze miejsca na dalszą część tego posta.
Po prostu chciałbym szczerze odradzić Wam zamieszkanie na osiedlach MSM Energetyka, bo pewnie wszystkie są zarządzane w ten sam sposób. Nie idzie nic załatwić, dookoła jest wciąż jakiś iluzoryczny ruch, ale nic się konkretnego nie dzieje. A jak na powyższych przykładach widać, brak też dbania o podstawowe sprawy związane choćby z bezpieczeństwem.

No i żeby było jasne, ten post to niestety nie jest prima aprilis, chociaż chciałbym z całego serca żeby tak było...


Pozdrawiam

wtorek, 27 marca 2012

Awaria sieci wodociągowej na ul. Sobieskiego

W czym rzecz?

Co prawda komentowane wydarzenie miało miejsce już niemal dwa tygodnie temu, ale dopiero teraz zebrałem się do napisania paru słów.
Pomijam fakt, że wtedy ten blog jeszcze nie istniał, bo to mi psuje kampanię marketingową - czytelnik powinien myśleć, że blog istnieje już od dawna i pluć sobie w brodę, że nie czytał takich świetnych tekstów przez cały ten czas ;)
Jeśli ktoś nie wie, to w piątek 17 marca miała miejsce awaria sieci ciepłowniczej u zbiegu ulic Sikorskiego i Sobieskiego. Pękła rura z ciepłą wodą, w zasadzie wrzątkiem, zablokowało to kilkaset metrów obu ulic, w obu kierunkach, a pasażerów autobusów i samochodów osobowych, które utknęły w tym parującym jeziorze ewakuowali strażacy. Podmyte jezdnie, chodniki, ścieżki rowerowe zapadły się, a nowoczesna instalacja sygnalizacji świetlnej i fotoradarów została zalana. No istny armagedon !

Co było potem i jakie miało konsekwencje?

Po pierwsze komentarz do przedostatniego zdania poprzedniego akapitu. Otóż oficjalnym powodem zeszłorocznego remontu sygnalizacji w rejonie ulic Sikorskiego, Sobieskiego, Idzikowskiego były częste awarie spowodowane zalaniem przez deszcz, które powodowały paraliż komunikacyjny i wiele mniej lub bardziej groźnych kolizji. Szkoda, że podczas trwających parę tygodni prac nowa instalacja nie została w odpowiedni sposób zaizolowana, bo z mojego niemal już inżynierskiego punktu widzenia czy woda zalewa z góry, czy podsącza się z dołu to porządna izolacja powinna chronić tak samo. No ale dobra, naprawili...
Tylko jak to wszystko przebiegało?
Od momentu awarii do poniedziałkowego popołudnia moi dwaj koledzy mieszkający przy ulicy Pasteura, czyli 7,5km od miejsca rozgrywającego się dramatu, musieli obejść się bez ciepłej wody! Doprawdy niesamowite...
Co więcej SPEC w komitywie z ZDM i różnymi podwykonawcami podciągnęli rękawy i ruszyli niemal od razu do naprawy sieci i nawierzchni na zamkniętym odcinku od Idzikowskiego do Sikorskiego.
Szkoda tylko, że przez cały weekend nikt nie pomyślał jak to wszystko rozegrać i udało się zaspawać rurę, a w poniedziałek rano Ratusz oznajmił, że planują spotkanie w sprawie "omówienia strategii" zakończenia naprawy i otwarcia ulicy...
Po trzech dniach...
W końcu uradzili, że trzeba georadarem sprawdzić czy nie podmyło gdzieś indziej asfaltu no i w poniedziałek po południu położyli nowy asfalt, a wieczorem widziałem jak dwóch panów grzebie sobie w studzienkach kablowych, choć światła działały i w sumie już wtedy można było otworzyć ulicę. W sumie była prawie otwarta co obrazują poniższe zdjęcia poprzewracanych przez wiatr barierek, których nikomu nie chciało się podnieść, a że był wieczór to dobrze, że nikt nie wjechał w nie rozpędzonym autem chcąc skręcić z Sikorskiego w prawo jadąc od strony Mostu Siekierkowskiego.










Skutki...

Chyba nie trzeba nikomu mówić jak niezadowoleni byli moi koledzy, którzy nie mogli się umyć w ciepłej wodzie przez kilka dni, albo jak wkurzeni byli ludzie, którzy w poniedziałek podczas porannego i wieczornego szczytu podróżując zarówno autobusami jak i własnymi autami musieli kombinować jakieś dziwne objazdy przez i tak wiecznie zapchaną ulicę Beethovena.
A wszystko dlatego, że sobota i niedziela okazały się za krótkie na wymianę kilku metrów rury i odbudowanie może w sumie 20 metrów kwadratowych nawierzchni.
A to dlatego, że przecież nikt z osób uprawnionych do podejmowania decyzji odnośnie zamykania i otwierania dróg w Ratuszu nie będzie się fatygował do pracy w weekend, bo weekend to rzecz święta, komórkę się wyłącza i już. Droga zamknięta w piątek przed 16, otwarta w poniedziałek, wszystkie decyzje wydane w godzinach pracy, w dni robocze, no to jest Polska właśnie... Nikt się nie przejmuje utrudnieniami, które czekają na mieszkańców miasta skoro sprawa rozciąga się na weekend, bo wtedy wszyscy mają związane ręce. Jakby wyglądała pieczątka z sobotnią albo niedzielną datą pod decyzją o szybkim remoncie i otwarciu?

Podsumowując można się tylko zastanowić czy gdyby awaria miała miejsce pod domem Pani Prezydent HGW, albo na Ujazdowskich pod Kancelarią Premiera to też trzeba by w poniedziałek zorganizować spotkanie dotyczące strategii naprawy czy też może bez zbędnych formalności w sobotę podjechała by ekipa złożona z koparki, zagęszczarki, wywrotki tłucznia, walca i maszyny do układania asfaltu oraz 10 krzepkich mężczyzn i uwinęli by się do południa z tematem...

sobota, 24 marca 2012

Otwarcie Mostu Północnego


1. Nazwa...

Most Północny Marii Skłodowskiej-Curie, bardzo ładna nazwa, nie da się ukryć. Takie uhonorowanie polskiej noblistki to z pewnością piękny gest ze strony władz miasta. Co więcej, nazwisko patronki mostu zostało użyte we właściwej formie, w przeciwieństwie do nazwy Uniwersytetu w Lublinie, który nosi imię Marii Curie-Skłodowskiej... Nie wiem skąd w Lublinie taka forma, bo o ile mnie znajomość zasad języka polskiego nie myli to pierwsze stoi zawsze nazwisko panieńskie, potem po mężu (np. bardzo arogancka pani redaktor Kolenda-Zaleska). No ale dobrze, w Warszawie nazwa jest ok, więc to zaliczamy na plus!

2. Wykonanie, wykończenie, staranność...

Nie ma się do czego przyczepić :) Byłem pozytywnie zaskoczony, gdyż w dobie autostrad bez ostatniej warstwy asfaltu, braku pasów i znaków na nowych drogach, i innych "kwiatków", na nowej przeprawie nie ma żadnych braków. Asfalt jest równy, linie namalowane, znaki stoją, bariery na całej długości, ekrany dźwiękochłonne zamontowane, no Mucha nie siada, ale to może dlatego, że ona nie jest Ministrą Transportu :)
Tutaj przykładowe fotografie:








A więc mamy kolejny punkt dodatni dla projektantów, architektów, wykonawców, nadzorców prac nad mostem!

3. Czego zabrakło, a co za to było nieco kuriozalne ?

Pierwszą ciekawą sytuacją jest to, że organizatorzy dzisiejszej imprezy bardzo dosłownie potraktowali to, że mają umożliwić wstęp na most każdemu. Otworzyli więc każdą możliwą ulicę, estakadę, dróżkę, ścieżkę, schody, chodnik, podjazd, które wiodą na przeprawę. Szkoda tylko, że jednocześnie nie zapewnili informacji przy tych wejściach i wjazdach o tym, że północna jezdnia mostu jest zamknięta w całości od początku do końca mostu, z powodu zagospodarowania jej na potrzeby oficjalnej części imprezy, która właśnie teraz gdy to piszę ma miejsce. Wszystko super, ale potem ludzie, którzy weszli nie tym pasem musieli przebijać się przez wysepki i bariery na jednym końcu i przez zagrodzony taśmą przejazd na drugim. ( patrz foto)


Ale co było na tym zamkniętym odcinku?
Umieszczono tam scenę, reflektory, telebimy, a na scenie mównicę i na niej dziwny biały kształt, który jak sądzę jest "guzikiem" uruchamiającym pokaz sztucznych ogni, a że pewnie wciskać go będzie Prezydent Warszawy H. G-W, która wygląda mi jakby miała problemy ze wzrokiem więc możliwe, że to takie duże żeby trafiła ręką. (o właśnie widzę w TV, że coś się dzieje tam - ale tłum...) Sami zobaczcie:



Poza tym bardzo ciekawe było to, że całą imprezę ochraniała firma Fokus, za to na Białołęce wjazdu pilnowały auta Straży Miejskiej wraz z załogą, a od strony Młocin w ogóle nikt wjazdu nie pilnował przez co byłem świadkiem jak dwa samochody prywatne wjechały na teoretycznie zamknięty, za to pełen ludzi most...
Ale gdyby na Młocinach była SM albo Policja to i tak na pewno nie zareagowaliby, bo byli zajęci uprzykrzaniem życia pani sprzedającej balony tuż przy ulicy Modlińskiej (zapewne bez zezwolenia)...


Ale cóż, pani źle wybrała miejsce, bo już kilkaset metrów dalej na właściwej przeprawie inna pani sprzedawała z powodzeniem balony, a dwóch chłopaków nawet colę z baru na kółkach i spod parasola:


Poza tym ciekawostką była podróżująca w tłumie pieszych koparka, ale zdjęcia już nie zdołałem zrobić...
Brakowało informacji gdzie pójść, żeby nie musieć się przedzierać przez bariery no i brakowało przede wszystkim jakiegoś sensownego zamknięcia wjazdu od strony Młocin. Na pewno nie możemy dać plusa w kategorii organizacji, ale czy minus? W sumie nic złego się nie stało, przeszkód nie było wiele, jak sądzę nikt nie ucierpiał z powodu tych niedociągnięć, najwyżej się pobrudził przechodząc przez barierki.

4. Kilka innych zdjęć...


były samoloty

 i śmigłowce


 powyżej dwa widoczki na Warszawę


 wjazd na most od ul. Modlińskiej (bez szału) widziany na dwie strony

 jeszcze zbliżenie na warsiawskie city ;)

jak widać na dole coś tam się jeszcze ostało, jakieś kruszywa, te sprawy

 a o to mój bolid, którym się wybrałem na zwiedzanie

Co do pojazdu, to przyznam się, że nie cały czas z niego korzystałem, bo trochę późno wyszedłem z domu, a chciałem zdążyć na ładne warunki oświetleniowe (dopóki Słońce świeciło), więc na Młociny dojechałem metrem, ale już potem po moście poruszałem się rowerem i nim też wróciłem na Sadybę. Cała podróż zajęła mi 2,5 godziny z czego 1 godz. 43 min. spędziłem na rowerze, poruszając się ze średnią prędkością 17,51 km/h (trochę powoli w tłumie na moście się jechało), a dystans pokonany z domu na metro i potem droga powrotna to w sumie 30,21 km. Czyli morał z tego taki, że spod stacji metra Młociny na Sadybę jest 18km jadąc Kasprowicza, Popiełuszki, Jana Pawła II, Solidarności, Senatorską, Wierzbową, Królewską, Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, przez Pl. Trzech Krzyży, Ujazdowskimi, Belwederską i w końcu Sobieskiego.

Na koniec przypomnę, że już od jutra można się przejechać po moście samochodem. 
Tu macie minutę próbki przejazdu rowerem nagraną jak to się mówi w ujęciu POV:



Pozdrawiam