środa, 5 grudnia 2012

Słoikoznawstwo


Czymże są słoiki? A może Słoiki?

Wikipedia podaje bardzo obszerną definicję przedmiotu zwanego słoikiem, przytoczę więc poniżej tylko fragment.

Słój (zdrobniale słoik) - rodzaj naczynia szklanego, rzadziej ceramicznego, szczelnie zamykanego, wykorzystywanego najczęściej w gospodarstwie domowym do przechowywania produktów i przetworów żywnościowych, ale także w laboratoriach i muzeach - tam najczęściej do przechowywania okazów biologicznych itp., jak również w farmacji do przechowywania lekarstw. Pojemności słojów spotykanych najczęściej w gospodarstwie domowym wynoszą od jednego litra w dół, najmniejsze słoiczki, stosowane najczęściej w aptekach, nawet poniżej 50 mililitrów (z drugiej strony spotykane są także słoje znacznie większe, np trzy- i pięciolitrowe, chętnie wykorzystywane do przechowywania np. ogórków konserwowych).


W obliczu takiej porządnej definicji wydawać by się mogło, że ciężko jest mianem słoika określić jakiś inny byt, a tym bardziej byt ożywiony. Zdziwi się jednak ten, kto tak myśli. Przyjrzyjmy się więc kolejnej definicji, tym razem ze słownika miejski.pl

Osoba pochodząca z prowincji a mieszkająca w wielkim mieście, najczęściej Warszawie, przywożąca z wizyt w domu słoiki z jedzeniem. Najczęściej charakteryzują ją takie cechy jak:brak przywiązania do nowego miejsca zamieszkania oraz wiejskie maniery i sposób myślenia.
- Połowa warszawiaków wyjechała na święta.
- Nieprawda, ci rodowici są tu cały czas. To słoiki wyjechały a jak wrócą, to znów zasmrodzą i zakorkują miasto.
Ten opis niektórym z Was może być obcy gdy go czytacie. Ja sam dowiedziałem się o dualnym znaczeniu poczciwego słoika dopiero kilka miesięcy temu, na pewno później niż definicja słoika-osoby została opublikowana w miejski.pl.
Wiemy już więc, że powstała niejako nowa kasta, a delikatniej mówiąc to na pewno nowa grupa społeczna, która nie cieszy się w dużych miastach zbyt dużą popularnością. Z własnych obserwacji i po poczynieniu odpowiedniego researchu mogę podkreślić niechęć do tej grupy w stolicy. No i to, mam nadzieję, wystarczy jako argument do omówienia tematu na Mieszkam w stolicy. Przyjmijmy też dla uproszczenia, że to właśnie warszawiacy najbardziej zwracają uwagę na tę grupę ludzi.

Tak czy inaczej w obliczu tego nowopowstałego znaczenia muszę przyznać z pełną świadomością, że jestem Słoikiem (tak, pisanym z wielkie litery, w końcu to jakby przydomek).No i właśnie tutaj pojawia się pierwsze pytanie, czy należy już tych przyjezdnych nazywać mianem słoików (z małym "s") czy też elegancko i z szacunkiem Słoikami? Takie jest moje skromne zdanie, że z wielkiej litery, bo uważam że jeśli już kogoś się piętnuje to można to robić przynajmniej z zachowaniem odrobiny szacunku. W końcu jak mówi stara wojenna zasada, wroga nie należy lekceważyć.


Podstawy nienawiści

Zastanawia mnie bardzo co leży u podstaw tego coraz bardziej popularnego zjawiska, które polega na (uwaga, modne słowo) hejtowaniu osób przyjezdnych.
Moim zdaniem nic złego nie ma w tym, że w Warszawie (lub innych miastach, ale Warszawa jest naszym przykładem) osiedlają się inni ludzie. W końcu świadczy to o atrakcyjności miasta na wielu polach takich jak rynek pracy, wydarzenia kulturalne, prestiż zamieszkiwania w takim miejscu (który bierze się nie wiadomo skąd, ale jest). Czasem decyduje moda, czasem widzi-mi-się zainteresowanego, tak czy siak nie ma chyba w tym nic złego.
Otóż nie! Okazuje się, że rodowici warszawiacy, czyli raptem 2-3 pokolenia ludzi od drugiej wojny światowej uważają że mają wyłączne prawo do swojego miasta. Szkoda tylko, że w Warszawie zamieszkuje oficjalnie 1,7 mln osób, zaś po wojnie było to raptem 422 tysiące ludzi. Prosty rachunek przy utopijnym założeniu że w 422 tys. było 211 par w wieku pozwalającym na potomstwo i że każda z tych par miała dwójkę dzieci (chłopca i dziewczynkę), a w następnym pokoleniu znów się wszyscy sparowali i mieli dwoje dzieci daje wynik niewiele poniżej 1,7 mln gdyby wszyscy oni wciąż żyli. Oczywiście jest to niemożliwe (ani to że wszyscy wciąż żyją, ani to że mnożyli się jak króliki).
Skąd więc ta ludność w Warszawie? Ano chyba przyjezdni od 1945 roku. Co więcej, spis powszechny już w 1978 roku wykazał ponad 1,5 mln mieszkańców Warszawy, zaś od 2006 roku to właśnie w 2011 roku mieszkańców stolicy było najmniej! Ważne jest też, że jeszcze w 1995 roku powierzchnia Warszawy liczyła 495 km kw. zaś 11 lat później już 517 km kw. i ciągle rośnie, a więc ostatni trend jest taki, że jest coraz mniej ludzi na coraz większej przestrzeni.

Prosty wniosek jest taki, że Warszawa staje się mniej atrakcyjna. Ale dlaczego? Czyżby przez Słoiki? Wątpię, biorąc pod uwagę, że to oni spowodowali swoisty boom stołecznej populacji, a teraz po prostu stąd wyjeżdżają. Sam byłem niedawno świadkiem tego jak pewne małżeństwo z dzieckiem (nie będące rodowitym warszawskim małżeństwem), zabrało manatki i wyjechało. A oceniając ich stan posiadania po samochodzie, który jest ich własnością na pewno nie zostali właśnie zwolnieni z kasy w Tesco.

Co więcej duża część mieszkańców Warszawy czuje się warszawiakami z dziada pradziada i demonstruje swoją pozycję mieszkańców stolicy, mimo że ich rodziny przeprowadziły się tu raptem jedno pokolenie temu, zameldowali i teraz mają samochody z warszawskimi numerami rejestracyjnymi, a w miejscu urodzenia wpisane Warszawa. To jednak niczym nie odróżnia ich od tych, którzy przyjeżdżają tu teraz, jedni i drudzy mają rodzinę w innym mieście, być może na wsi, wszyscy oni są tacy sami jeśli brać pod uwagę pochodzenie.
Obiektywnie określić pochodzenie można dopiero patrząc kilka pokoleń wstecz i odnajdując takie miejsce osiedlenia się danej rodziny, które utrzymywało się przez kilka pokoleń bez zmian. To jednak niezwykle rzadki przypadek i należy mieć na uwadze to, że pod względem pochodzenia każdy jest zróżnicowany i każdy ma prawo mieszkać gdzie chce, jeśli tylko jest w stanie zapewnić sobie warunki do życia w tym miejscu.

Należy też brać pod uwagę, że gdyby rodowici, bardzo z siebie dumnie warszawiacy mieli odpowiednie kwalifikacje, doświadczenie, wykształcenie, itd. to byliby atrakcyjniejsi dla pracodawców niż osoby tak samo przygotowane do pełnienia danej funkcji lecz pochodzące z innego miejsca, bo w końcu lepiej mieć pracownika na miejscu. To tyczy się przede wszystkim faktu, że bardzo dużo osób dojeżdża z Sochaczewa, Mińska, a nawet z Siedlec czy Płocka. Ale do tych, którzy się przeprowadzili też ma to odniesienie, bo w końcu oni rzadko kiedy mogą od razu kupić horrendalnie drogie warszawskie mieszkanie więc wynajmują je za jeszcze bardziej chore pieniądze i w związku z tym pracodawca musi im zapewnić takie stawki, aby opłacili wynajem, media, utrzymanie i trochę jeszcze powinno im zostać, żeby to miało sens.
Zatrudniając osobę dojeżdżającą codziennie autem lub pociągiem ryzykuje się z kolei, że coś się stanie po drodze i pracownik nie dotrze do pracy. Osoba miejscowa, mieszkająca maksymalnie kilkanaście kilometrów od miejsca pracy ma mniejsze szanse na opuszczenie dnia w pracy np. w powodu awarii autobusu, czy tramwaju, a nawet własnego auta, które odstawi na bok i pojedzie np. taksówką.

Dlatego jednym z powodów nienawiści do Słoików jest zapewne zazdrość o to, że są dużo lepiej od warszawiaków przygotowani do pełnienia danych funkcji, wykonywania konkretnych zawodów.

Kolejna kwestia to taka, że Słoiki robią też na innych lepsze wrażenie, są przyjaźni, sympatyczni, otwarci, odważni skoro zdecydowali się na wyjazd z rodzinnego miasta, porzucenie przyjaciół i znajomych i rozpoczęcie życia w innym mieście. Niestety nie można tych cech przypisać warszawiakom, którzy z faktu samego pochodzenia ze stolicy są wiecznie zblazowani, dumni i ciągle najważniejsi, a na dodatek mówią o pobycie "na dworzu" (nie mogłem się powstrzymać ;) ).
Te pozytywne cechy słoików są więc kolejnym powodem zazdrości pozbawionych ich warszawiaków, którzy nie zatracili w sobie jeszcze umiejętności myślenia i rozumieją, że są po prostu w tej kwestii gorsi, że są mniej przebojowi i mniej otwarci na świat.

Często mówi się też, że Słoiki za kierownicą to zmora stolicy. Otóż nie zgodzę się z tym, bo jak do tej pory równie często spotykam się z idiotami na siedzeniu kierowcy pochodzącymi zarówno ze stolicy jak i spoza niej. Co więcej rejestracja samochodu nie zawsze jest wyznacznikiem pochodzenia. A dla potwierdzenia tego, że w Warszawie też debile dostają prawo jazdy niech będzie taki obrazek, uchwycony kilka dni temu przez pewną internautkę na warszawskiej ulicy z warszawskim autem w roli głównej:



Kolejna kwestia, to sprawa podatków i tego, że Słoiki płacą je poza Warszawą. Niestety nie jest to prawdą, większość pracujących tu ludzi i tak rozlicza tutaj podatek dochodowy, natomiast Ci którzy tu nie pracują, a np. studiują nie mają w ogóle możliwości rozliczania tego podatku, więc o co krzyk? Skoro tu mieszkam i robię zakupy to za każdym razem płacę cenę zawierającą w sobie VAT, który rozliczyć musi lokalny przedsiębiorca zarejestrowany w Warszawie, więc płacę tu wszystkie możliwe podatki, za jedzenie, za prasę, za kino, za paliwo, za części samochodowe, za bilety ZTM, za wszystko co się tylko da. No może nie płacę podatku za słoiki przywiezione z domu i to chyba jest istota zazdrości podatkowej.
Szkoda tylko, że warszawiacy nie myślą o tym, że bez pracujących tu i mieszkających słoików gospodarka stolicy byłaby znacznie mniej rozwinięta i że i tak nie mieliby pieniędzy, które my teraz niby im kradniemy :)

No i ostatni mój pomysł, szczerze mówiąc choć śmieszny to mam wrażenie że prawdopodobny w niektórych przypadkach słoikowej zawiści. Chodzi mianowicie o zazdrość o dostęp do produktów przywożonych w słoikach, takich jak domowe ogóreczki, dżemiki, soczki, sosiki, oraz tych nie w słoikach ale również pochodzenia pozawarszawskiego jak np. jaja i mleko prosto od kury i krowy, świeża mąka z ekologicznego zboża, warzywa i owoce z przydomowego ogródka, szyneczki i kiełbaski z własnych wędzarni i zdrowego mięsa żyjących w szczęściu a nie w klatce wieprzków.
Niestety mieszkając w jednym z tysięcy ogromnych stołecznych punktowców nie można sobie pozwolić na takie specjały, a nawet ogródek działkowy w jednym z licznych RODów nie daje możliwości uprawiania wszystkich roślin oraz hodowania zwierząt.
Ja mieszkając wcześniej w Lublinie też byłem często obdarowywany wiejskimi produktami od rodziny mieszkającej w pewnym oddaleniu od mojego miasta, ale nikt nie nazywał mnie wtedy Słoikiem :)
Jestem niemal pewien, że to właśnie z tej zazdrości wzięło się określenie Słoiki, bo w sumie inaczej można by nas nazywać wieśniakami, obcymi, czy jeszcze jakoś inaczej, ale skoro przywozimy sobie słoiki to nazwa była jasna.

No i na tym się kończy moje rozważanie słoikowe,

mam nadzieję że wyrazicie swoje poglądy na tę sprawę w komentarzach i wyjaśnicie mi na czym polega to warszawskość, której nie mogę zrozumieć, a która w skrajnych powoduje że ludzie chcąc wykazać swą wyższość pochodzenia ze stolicy stają się chamami jakich nie potrafiłem sobie wcześniej wyobrazić i nie ma to nic wspólnego z, wydawać by się mogło, piękną i elegancką Warszawą.

Na koniec polecam jeszcze tę stronę jeśli ktoś z Was czuje się słoikiem. Całkiem z jajem napisane :)

2 komentarze:

  1. "Kolejna kwestia, to sprawa podatków i tego, że Słoiki płacą je poza Warszawą. Niestety nie jest to prawdą, większość pracujących tu ludzi i tak rozlicza tutaj podatek dochodowy, natomiast Ci którzy tu nie pracują, a np. studiują nie mają w ogóle możliwości rozliczania tego podatku, więc o co krzyk? "

    otóż mylisz się. VAT i dochodowy i tak nie trafiają do kasy gminy tylko głównego budżetu państwa. W takim razie obojętne gdzie je rozliczasz. Natomiast z racji, że wiekszość słojów przebywa tutaj nielegalnie - nie są zameldowani - zatem nie płacą podatków lokalnych, gruntowych etc. Jesli poruszaja się swoimi egzotycznymi brykami to też nie płacą tutaj podatków. Wysokość składki OC jest uzależniona od miejsca rejestracji i zameldowania. Może Cię to zdziwi, ale wysokość OC za mojego Forda Mondeo 1.8 przy uwzglednieniu identycznych zniżek na wsi pod Rzeszowem to ok 400zł/rok, a w Warszawie to już ok. 840zł/rok. A w OC zawarty jest również podatek na ew. zniszczenia wyrządzone w mieście. Dlatego nie pisz głupot, że placisz podatek kupując jogurt bo to nie jest podatek lokalny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak myślisz gdzie trafiają opłaty z tytułu prowadzenia działalności przez sklep, w którym robię zakupy?
      Mieszkam ponadto we własnościowym mieszkaniu, a więc płacę podatek od nieruchomości oraz koszty użytkowania wieczystego.
      Jeśli ktoś wynajmuje mieszkanie, to i tak należy ono do kogoś innego, a ta osoba też płaci takie opłaty za posiadane nieruchomości, a więc przyjezdny wynajmujący mieszkanie również płaci do kasy miasta, choć niebezpośrednio.
      Dlatego nie panikuj, że ktoś Cię okrada.
      A stawka za OC nie ma nic wspólnego z budżetem miast, bo trafia ona do ubezpieczyciela i jest jego zarobkiem. To że musisz w stolicy zapłacić więcej to kwestia większego ruchu i co za tym idzie większego ryzyka, że ubezpieczyciel będzie musiał się wywiązać z odpowiedzialności.
      Pomyśl więc zanim coś napiszesz :) Pozdrawiam

      Usuń